Warszawa

Duszanbe

Biszkek

poniedziałek, 30 listopada 2009

Kurbam Bajram, czyli Święto Ofiarowania

„Święto Ofiarowania to najważniejsze święto muzułmańskie. Ustanowione na pamiątkę ofiary uczynionej przez Abrahama ze swego syna Izmaela (według Biblii Izaaka), a zamienionej przez Boga na ofiarę z baranka. Na pamiątkę tego wydarzenia wiele rodzin muzułmańskich zakupuje baranka, którego zabija się zgodnie z przepisami rytualnymi i wspólnie spożywa. Mięso zwierzęcia dzielone jest na trzy części: pierwszą spożywa się z rodziną, drugą otrzymują ubodzy, a trzecią - krewni. Podczas posiłku podaje się również ryż, warzywa i leguminę jabłkową. Wszyscy muzułmanie modlą się w tym dniu w meczecie, czytają Koran, odwiedzają znajomych i składają życzenia. Istnieje również zwyczaj obdarowywania się prezentami, a wielu wyznawców islamu składa w tym dniu ofiarę pieniężną wynoszącą 10% rocznego dochodu. Podczas Święta Ofiarowania wyznawcy islamu odbywają pielgrzymkę do Mekki, będącą jednym z filarów wiary”.
Tak mi powiedział portal http://dziedzictwo.ekai.pl/@@swieto_ofiarowania.

A jak to wygląda w Tadżykistanie? W piątek praca trwała tylko do południa, poniedziałek (czyli dzisiejszy dzień) również jest wolny od pracy. Dziś już sklepy i restauracje są otwarte, ale w sobotę miasto świętowało. Świętowało – ale w domach, bo cały dzień padał deszcz. Niewiem więc ile baranków zginęło w Duszanbe, jaki odsetek mieszkańców miasta poszedł do meczetu. Wprawdzie składano mi życzenia z okazji święta i ja składałam, ale prezentu np. już dostałam… Ale nie było tak źle:)
Nasza niemiecko – polsko – francuzko – angielska- pamirska paczka została zaproszona na kolację do Irańczyków. Mamlakat (Pamirka, z którą mieszkam) zrezygnowała jednak, twierdząc, że będzie trochę nudno. Pamirczycy niezbyt przykładają się do obchodów tego święta (w przeciwieństwie do Irańczyków), toteż wyjaśniła mi na czym takie spotkanie będzie polegać – będziemy grzecznie pić herbatę, jeść ryż z warzywami i rozmawiać. Jak się okazało – nic bardziej błędnego. Nasi Irańczycy okazali się zupełnie nietradycyjnymi ludźmi. Nie było baranka do zarżnięcia, za to były piwo i wódka (!), dobre jedzenie, tańce, a późnym wieczorem nawet dyskoteka (oczywiście pełna obcokrajowców). W głowie niepotrzebnie segregują mi się „szufladki” z narodowościami. W głowie mam kolejną szufladę – Irańczycy, których znam, są chyba najlepszymi tancerzami, z którymi przyszło mi się kiedykolwiek bawić:) W czwartek ja oraz Niemki organizujemy pożegnalną imprezę. Kambisa, Ruzbeha i Amira nie może zabraknąć:)

Niedzielę, czyli dzień wczorajszy spędziłam aktywnie. Pojechaliśmy w góry, ok. 30 km za Dusznabe, do sanatorium. Celem była sauna radonowa (jak nas zapewniali jedyna albo druga na świecie, jaaaaaaasne). Przy okazji w sanatorium można pograć w bilard, ping-ponga i piłkarzyki z czego chętnie skorzystaliśmy. W górach już dużo śniegu leży, aż chce się kolędy śpiewać i iść na sanki, krajobrazy piękne – spójrzcie sami.

Post miał być dłuższy, ale muszę iść. Święto jeszcze się nie zakończyło – zostałam zaproszona do Tadżyków na kolację. Zgadnijcie co będzie? – Płow rzecz jasna, dlatego rzucam wszystko i idę.

Pozdrawiam



środa, 25 listopada 2009

Trzeci stan – Uzbekistan, czyli Taszkent, Samarkanda i … Skaldowie:)

As-Salam alejkum!

Nie obraziłam się, nie przepadałam, blog działa dalej.
Tzn. przepadłam, ale tylko na tydzień i to w pobliskim Uzbekistanie. Trzeci stan zaliczony! Już od dawna wyjazd do Uzbekistanu był planowany, ale nie chciałam zapeszać. Nie sądziłam, że się uda.

Ale od początku - otóż do Taszkentu zawitali Skaldowie. Zrobili małe tournee po krajach Azji, m.in. grali w Turkmenistanie. Pewnie starsze pokolenie uzna to za herezję, ale musiałam chwilę pomyśleć jakie utwory Skaldów znam. Ostatecznie okazało się, że nie tylko "ktoś mnie pokochał, świat nagle zawirował", ale wiele innych,tylko nie zdawałam sobie sprawy, że to oni są wykonawcami.

Wraz z Sebastianem, który mieszka w Duszanbe, stwierdziliśmy, że koncert będzie dobrą okazją do odwiedzenia znajomych Polaków pracujących w ambasadzie w Taszkencie i zwiedzenia miast – Samarkandy i Buchary.

Baliśmy się, że wyjazd się nie uda. Uzbekistan = biurokracja i problemy z wizą. Sądziłam, że Kirgistan i Tadżykistan są zbiurokratyzowane pod tym względem, ale to co dzieje się w konsulatach i na granicy uzbeckiej przechodzi ludzkie pojęcie. Chociaż mieliśmy zaproszenie z ambasady polskiej w Taszkencie, trzeba było odczekać w kolejkach w tłumie Tadżyków i Uzbeków. I tak zostaliśmy bardzo ulgowo potraktowani – Sebastian załatwiał wizy, a ponieważ mieszkał kilka lat w Uzbekistanie i Tadżykistanie, umie wykorzystać fakt, że jest „biały” i, że pracuje w poważnej organizacji (ale i tak pan z konsulatu na niego nakrzyczał).

Samolotem dolecieliśmy do miasta Chodżent na północy Tadżykistanu (nie ma połączeń lotniczych Duszanbe – Taszkent - niepojęta polityka), a następnie dostaliśmy się do granicy. Granicę trzeba przejść pieszo – idzie się z 500 metrów przez strefę buforową. Kilka posterunków tadżyckich i uzbeckich, deklaracje, pytania, rewizje i w ekspresowym tempie 1,5 godziny znaleźliśmy się na ichniej ziemi. Oczywiście nie odbyło się bez kombinowania. Ja nie mogłam przyznać się, że pracuję w Save the Children, ponieważ kilka lat temu prezydent Karimow przeprowadził czystki w kraju i m.in. ta organizacja została „wyproszona”. Poszło o to, że NGO zaczęły bojkotować zmuszanie dzieci do pracy przy zbiorze bawełny. Wszyscy więc zostali pogonieni, a dzieci dalej pracują.

Załatwianie formalności zajęło nam 1,5 godziny. Tadżycy i Uzbecy pół dnia czekają, aż łaskawie pogranicznicy przepuszczą ich przez granicę. Byliśmy świadkami rewizji samochodu obywatela Kazachstanu – z auta wyjęto nawet szybę, fotele, zdjęto koła. Koszmar. I po co to wszystko?
Uzbecy bronią swojego kraju do tego stopnia, że zaminowali granicę z Tadżykistanem. Skarżą się, że przez Tadżykistan przenikają na ich terytorium fundamentaliści z Islamskiego Ruchu Uzbekistanu. W Uzbekistanie jak i Tadżykistanie mniejszości obu narodów są znaczne. W okresie ZSRR nie było granic, społeczeństwa wymieszały się. Ci, którzy przechodzą przez granicę, to głównie krewni i rodziny odwiedzający swoich bliskich. I tak samo Tadżyk jak i Uzbek mieszkający w Tadżykistanie nie jest mile widziany na terenie Uzbekistanu.
Waśnie tadżycko-uzbeckie, sprawa Samarkandy i Buchary to bardzo długi i skomplikowany temat. Tadżycy twierdzą, że najchętniej Uzbecy zmietliby ich z powierzchni ziemi. Jeśli chcecie więcej, zapraszam na bloga Ludwiki - http://sputniczka.blox.pl/html


Taszkent – czteromilionowe miasto, w którym nie mogłam się zupełnie połapać i odnaleźć. Nie mogłam na początku również połapać się w miejscowej walucie – sumach. W kraju nie ma kantorów, pieniądze wymienia się na bazarach albo w banku narodowym (po bardzo marnym kursie). I tak mniej więcej 1 dolar to 2 000 sumów. Tymczasem banknoty kończą się na kwocie 1 000 sumów. Czyli tak jakby w Polsce banknoty kończyły się na 1,5 zł. A ceny są porównywalne. Chcąc wymienić 300 dolarów trzeba zabrać ze sobą reklamówkę, żeby pomieścić tak dużo papierków (zresztą zobaczcie w galerii). Dwa tłumaczenia takiego systemu – przeciwdziałanie inflacji (?!) oraz polityka przeciwdziałająca oszczędzaniu. Rzeczywiście łatwo wydaje się takie pieniądze.
W Taszkencie widzieliśmy tramwaje i metro, wszędzie można kupić coca-colę – cywilizacja! Kobiety rzadko wdziewają chustki na głowę (Karimow zakazał noszenia chust w szkołach). I wszędzie trzeba mieć ze sobą paszport, za każdą zamianą miejsca zamieszkania trzeba się meldować, spokojnie odpowiadać na głupie pytania milicjantów, nie uciekać na dźwięk milicejskiego gwizdka i bez nerwów kasować zdjęcia w aparacie, które wg. milicjanta są nielegalne. W Taszkencie zdążyłam jeszcze przejechać się metrem, zwiedzić polską ambasadę i poznać jej pracowników (wszystko dzięki uprzejmości Chargé d'Affaires – p. Jerzego Stankiewicza) i zobaczyć kościół katolicki (który jest naprawdę piękny).

Ale do sedna – przyjechaliśmy na koncert Skaldów przecież. Sala koncertowa była pełna! Przyszło wielu Polaków – jak się okazało Polonia w Uzbekistanie jest liczna. Skaldowie dali piękny koncert, kilka utworów wykonali nawet po rosyjsku. Po koncercie zespół został zaproszony przez ambasadę polską na kolację. Przedstawiciele polscy z Duszanbe oczywiście również zostali zaproszeni i wzięli udział w kolacji:)
Podczas spotkania wraz z Anią i Łukaszem, którzy pracują w ambasadzie podjęliśmy decyzję – jutro jedziemy do Buchary! (zresztą w ślad za Skaldami i jak się okazało kolacja po koncercie nie była ostatnią z artystami:)

Buchara - stare miasto Buchary jest jednym z najcenniejszych zespołów architektury islamu w środkowej Azji i obejmuje około ok. 140 obiektów. Miasto zostało założone ok. I wieku naszej ery. Starsza jest Samarkanda. Właściwie starzeje się w oczach – wciąż odkopywane są dowody na jest wieloletnią historię – ostatnie wyniki badań dają Samarkandzie 2 750 lat. Samarkanda jest stanowczo symbolem Azji Środkowej. Nawet na okładce przewodnika Lonely Planet po Azji Srodkowej widnieje zdjęcie jednej z budowli. Samarkandzkie zabytki są monumentalne i piękne. Ale tuż obok nich pobudowane są socjalistyczne bloki. Co wam powiem, to wam powiem – ale Buchara jednak ma swój niesamowity klimat, zabytki położone są blisko siebie, gdyby przymknąć oko na handlarzy i auta można poczuć się jak w XV wieku.

Historia miast jest długa. Żyli i tworzyli w nich najwięksi myśliciele i filozofowie perscy z Awicenną na czele. Rozumiem, czemu Tadżycy ubolewają nad utratą tych miast. Cytat z bloga Ludwiki:
„I co my mamy pokazać cudzoziemcom, którzy do nas przyjeżdżają? - żalił się Dżalil. -Te suche góry? Bez Samarkandy, Bez Buchary jesteśmy jak dzikusy, którzy nie mają własnej historii. A Uzbecy teraz chwalą się całemu światu naszymi zabytkami. Dobrze by było gdyby choć z 10 procent ludzi na Ziemi wiedziała jaka nam się stała krzywda. - Dżalil, wielki, barczysty chłop miał prawie łzy w oczach”.

To nie będzie obiektywne, ani dyplomatyczne co teraz napiszę. Po kontroli granicznej przy powrocie mieliśmy ochotę ucałować ziemię tadżycką i uściskać pierwszego tadżyckiego pogranicznika. Sebastian zapewniał, że to była jego ostatnia wizyta w Uzbekistanie. W TJ poczuliśmy się jak w domu wśród przyjaznych ludzi. Żaden z pograniczników tadżyckich nie przegrzebał mi plecaka, nie przeszukał butów, brudnych skarpetek. Nikt z Tadżyków nie obmacał mi kieszeni. Za to prawie wszyscy z uśmiechem odpowiadali na nasze „As-Salam alejkum”! Nie chcę wierzyć w te stereotypy (które panują w całej Azji Środkowej), jakoby Uzbecy byli złymi ludźmi. Może dlatego są nie lubiani, ponieważ są najliczniejszym narodem regionu (27 mln ludzi), może obecna polityka wpływa na ich zachowanie. Polacy, którzy pracowali w Uzbekistanie, a obecnie są w Duszanbe zgodnie twierdzą, że narody te bardzo się różnią. Na tego typu opinie na razie patrzę z przymrużeniem oka.
Jakby z tymi Uzbekami nie było, mają dobry płow, no i na ich terenie położone są perełki w postaci Samarkandy i Buchary. Zapraszam do galerii.

To był naprawdę intensywny i fajny tydzień! Pominęłam w poście nocne oglądanie filmów w pociągu płackartnym w drodze do Buchary, wieczory ze Skaldami, spotkanie z polskimi księżmi, szaleństwo zakupowe z Anią (po co nam kolejne uzbeckie obrusy Aniu?!), wieczór w knajpie „Blues” z której dostałam filiżankę na pamiątkę. Pominęłam wizytę na pustyni i nad jeziorem na stepie, „spotkanie” z wielbłądami.
Rachmat wszystkim za ten czas – Ani, Łukaszowi, pracownikom ambasady za zaproszenie, Skaldom no i głównie Sebastianowi z Duszanbe (gdyby nie Ty kolego, pewnie bym jeszcze tkwiła na granicy:)

Pozdrawiam!




poniedziałek, 16 listopada 2009

Od wesela w kiszlaku, przez amerykański bal i wycieczkę w góry

To był dobry weekend. Różnorodny i ciekawy. Otarłam się o tradycyjny tadżycki świat, po czym za chwilę wpadałam w środek luksusowej imprezy w pięciogwiazdkowym hotelu. Jedno i drugie było dobrym doświadczeniem i dało do myślenia.

Ale zacznę chronologicznie. W sobotę mój znajomy Polak zaprosił mnie na „svadbę”, czyli wesele tadżyckie do znajomego. Ponieważ „svadba” odbywała się na dworze dostaliśmy przykaz ciepło się ubrać. Chociaż impreza zorganizowana została pod Duszanbe, po raz kolejny przyznać muszę, że tam gdzie kończy się ulica Rudaki, kończy się też cywilizacja w Tadżykistanie – błoto i śmieci, wykopy, glinianie domy i krasule grasujące na śmietnikach w poszukiwaniu odpadków. Zostaliśmy przywitani jak co najmniej delegacja polityczna – oddzielny stolik dla obcokrajowców, obsługa pierwsza klasa i najlepsze jedzenie. Nawet dostałam sweterek, kiedy trochę było mi zimno. Starszyzna wsi przywitała nas pięknie, co jest dowodem wielkiego szacunku. Byliśmy lokalną atrakcją, a „svadba” z obcokrajowcami zyskała renomę. „Wesele” – czyli gdzie są państwo młodzi? Okazało się, że jest tylko pan młody, a właściwie bardzo młody. „Svabda” to również uroczystość z okazji obrzezania. Sześcioletni bohater wieczoru siedział na tapczanie (jak wygląda tapczan - w galerii) odświętnie ubrany, wraz ze starszyzną i swoimi kolegami.
Na czym polega takie wesele? Kobiety siedzą oddzielnie od mężczyzn (ja jednak siedziałam z moim Polakiem, Rosjanką i Francuzem), jest zespół i tancerka. Zasada na „svadbie” jest taka – im głośniej ryczy muzyka, tym lepiej. Cała okolica ma wiedzieć, że u nas dziś święto! W takim hałasie nie da się rozmawiać, trzeba tańczyć. I tańczyliśmy – ja i Polak, Francuz i Rosjanka wraz z miejscowymi. Nawet nam wychodziło i było wesoło:) Przyznam, że mogłam założyć swoją wyjściową tadżycką sukienkę – wtopiłabym się w tłum. Ale zdążyłam już dawno wybrudzić ją owocem granata i sukienka nie wyschła na wesele (a plamy są dalej…jakieś rady babuni?)
Opuszczając wesele obcokrajowcy musieli coś koniecznie powiedzieć do mikrofonu, podziękować. Podziękowaliśmy a potem przez cały orszak gospodarzy zostaliśmy odprowadzeni do auta.

Za kilka godzin zaczynał się bal z okazji 234 urodzin amerykańskiej armii. W Duszanbe stacjonują amerykańscy żołnierze, jest ambasada amerykańska, toteż bal przyciągnął wielu obcokrajowców (chociaż bilet kosztował tyle, ile dwie miesięczne pensje przeciętnego Tadżyka. Ja zostałam zaproszona przez Polaka). Był tort, przemówienia, kolacja a potem tańce. Trzeba było się ładnie uczesać, założyć wyjściową sukienkę, wytrzepać buty po tańcach w kiszlaku. W dobrym tonie było rozdawanie i przyjmowanie wizytówek. Oczywiście wszystko z uśmiechem numer 5.
Zapomniałam o ważnym przepisie, którego miałam przestrzegać za granicą – unikać miejsc, gdzie przebywają Amerykanie i Izraelczycy. Trochę się śmialiśmy z Polakiem, że gdyby terroryści chcieli dziś zaatakować miasto, hotel Hyatt w którym odbywał się bal, byłby celem nr 1.
Nie mam żadnych zdjęć z tej imprezy, myślę że Pan ambasador amerykański nie życzyłby sobie swojego zdjęcia na Gromkistanie:)
Jak na tak kosztowny wstęp, bal skończył się o 1.00 w nocy. Akurat wystarczyło na szybki sen i wypad w góry.
Ekipa – międzynarodowa. Od Irańczyków, po Francuzów po Amerykanów. Byłam jedyną Polką i od razu zostałam przechrzczona na Margaritę albo Margaret. Może zacznę się przedstawiać po prostu „Gromek”:)?
Cała nasza gromada to stażyści, zaczynający prace w NGO albo studenci – więc średnia wieku o wiele niższa niż na balu amerykańskim. Zaprzyjaźniłam się z Francuzką, która jest od kilka dni w Duszanbe i już zdążyła narobić sobie kłopotów. Tłumaczyłam, że Tadżykowi, który pozwolił sobie na klepnięcie w pośladek cudzoziemki w dyskotece, nie daje się od razu w twarz – bo a nuż może okazać się ważną personą na mieście. Dominika nie pojmuje jeszcze tego systemu, ale pół roku przed nią. Byleby zaczęła cokolwiek gadać po rusku albo tadżycku i nie dała zrobić sobie tu krzywdy.

Dużo by pisać, w górach jak zawsze było przepięknie, dobra drużyna się nam zebrała, zrobiliśmy piknik, Irańczycy śpiewali.

Fajnie było i w kiszlaku i na balu i w górach. Ale ckni mi się za Wami – przyznaję to szczerze po raz pierwszy od kiedy tu jestem. Najwyższy czas, żeby zacząć przygotowywać się na ewakuację z Azji.

Na kryzys w ostatnim tygodniu złożyło się kilka spraw – uświadomiłam sobie, że GIS jest zupełnie nie dla mnie, nie chcę więcej pracować w tej działce. A z drugiej strony na maila dostaję codziennie oferty pracy z gratki.pl, która oferuje mi np. pracę przedstawiciela handlowego w Zabrzu. Może powinnam się przekwalifikować, albo zacząć kolejne studia…?

Pozdrawiam!

piątek, 13 listopada 2009

Tadżykistan się nawraca

Przyleciałam do Duszanbe 1 października i wpadałam w sam środek przedstawienia jakie urządził prezydent Rahmon. Miasto oklejone było plakatami, chorągiewkami, bannerami z portretem brodatego męża. Wielu innych brodatych mężów, w turbanach można było zobaczyć na żywo w autobusach przemykających ulicą Rudaki pod eskortą milicji. Delegacje muzułmańskich duchownych przybyły z islamskich i nie islamskich krajów świata. Na ich pobyt zamknięto nawet bazar blisko centrum miasta, ulice były wysprzątane i pełne mundurowych.

O co chodziło w tym zamieszaniu? Otóż w Duszanbe odbywała się konferencja z okazji 1310 rocznicy urodzin Imama A’zama, nazywanym również Abu Hanifą. „Imam A’zam jest lustrem, w którym odbija się boska prawda” – tak mi powiedział jeden z wielu plakatów. A bardziej przyziemnie – Imam był znanym islamskim myślicielem, filozofem i prawnikiem. Był założycielem szkoły prawnej zwanej hanaficką – jednej z czterech sunnickich szkół prawnych. Szkoła hanaficka jest najbardziej liberalną i popularną ze szkół islamu. Zezwala na tłumaczenie Koranu i modlitwy w rodzimych językach. Dlatego jest najbardziej rozpowszechniona wśród nie arabskich wyznawców proroka Mahometa.

Prezydent Rahmon rok 2009 uczynił rokiem upamiętniającym Imama A’zama. A nawet napisał o proroku trzy potężne książki, które od razu zostały przetłumaczone na kilka języków. Trochę nakłamał i naciągnął historię twierdząc, że Imam był Tadżykiem (pochodzi z dzisiejszego Iranu). Zorganizował konferencje, okleił miało plakatami, przeciętny Tadżyk jadący w trolejbusie mógł poczytać o życiu i działalności Imama. Telewizja i radio po kilka godzin dziennie nadawały transmisje z konferencji. I po co to wszystko? Przecież jeszcze niedawno prezydent głosił, że Tadżykistan ma być państwem świeckim – o takie walczył. Dziś konstytucja kraju nadal gwarantuje świeckie państwo, ale prezydent kazał do niej wstawić wzmiankę o islamie hanafickim, jako podstawowej religii Tadżykistanu. Wg jednej pani socjolog z Duszanbe, stąd tylko o krok do prześladowań innych wyznawców w kraju.

Prezydent jest jednak cwany i to wszystko co robi ma swój sens.

Jeszcze niedawno widok kobiety szczelnie zakrytej chustką był rzadkością w Duszanbe. W czasie ZSRR obrano kierunek świeckości państwa i islam zachował się na wsiach. Teraz obserwuje się zjawisko reislamizacji kraju. W stolicy widok szczelnie zakrytej dziewczyny nikogo nie dziwi, a nawet pochwala się takie postępowanie. Zakryta kobieta nie jest zaczepiana, zawsze ktoś pomoże z zakupami i przy wsiadaniu do autobusu. Nawet miejscowe prostytutki mają przy sobie chustkę i udają cnotliwe przy spotkaniu z milicją. Społeczeństwo przejmuje wzorce z telewizji irańskiej, afgańskiej. Wielu młodych wyjeżdża do krajów arabskich i wracają „ustawieni” na taki tor. Kraj więc chce powrotu do islamu.

Kolejna korzyść wynikająca z islamizacji kraju, to podlizanie się Amerykanom. O taki liberalny i humanitarny islam biją się żołnierze w sąsiednim Afganistanie. Rahmon przeistoczył się z sowieckiego antyislamisty w muzułmańskiego liberała i może być teraz przeciwwagą dla talibów z pakistańsko - afgańskiego pogranicza. Tym samym odbiera argumenty azjatyckim fundamentalistom, którzy zarzucają krajom Azji Środkowej zeświecczenie i pozostałości po ateistycznym ZSRR.

I tym samym Rahmon piecze trzy pieczenie na jednym ogniu – i Tadżykom się podoba i Amerykanom i fundamentalistom. No i sam nawrócony prezydent zapewnia sobie tym samym długie panowanie. A przynajmniej do 2020 roku, do kiedy może być wybierany.
(na podstawie bloga Ludwiki i Kuby)

Obiecałam Wam zdjęcia w mojej tradycyjnej sukience. Kobiety na co dzień tak się noszą – chustka na głowie zawiązana w ten sposób jest też elementem tradycyjnym. Strój składa się z sukienki oraz spodni w tym samym kolorze. Strój może być z atłasu albo z materiału przypominającego plusz – tak jak u mnie. Do tego kobiety często same ręcznie ozdabiają sukienki kolorowymi nićmi, cekinami itp. No i jak Wam się podoba?


poniedziałek, 9 listopada 2009

Hydropiekłowstąpienie w Tadżykistanie

„Termometr” na moim blogu wskazuje dziś 3°C w Duszanbe. Z temperaturą trochę kłamie –jest o wiele cieplej. Kłamie również, że w Duszanbe jest obecnie light rain – jak dla mnie to oberwanie chmury trwające już trzeci dzień. Ulicami płynie woda, wszędzie fruwają brudne liście, tworzą się korki na ulicach, jest wciąż ciemno i ponuro. Najlepiej leżeć całymi dniami oglądając 9 Kompanię i Seksmisję (tak mi wczoraj minął dzień).
Do tego zaczyna się historia z odłączaniem prądu – dziś rano prądu nie było chyba w całym mieście poza ulicą Rudaki. Nie jest miło obudzić się w lodowatym mieszkaniu, bez prądu, wody i ciepłej herbaty na dzień dobry. Do tego w biurze też totalny paraliż – chociaż działają generatory, Internet się rozłącza, nie ma wody. I to podobno wszystko przez deszcz…
A pomyśleć, że jeszcze tydzień temu można było chodzić w sandałach, siedzieć w parku do późnej nocy, nie martwiąc się o zimno.
Ta pogoda przypadła na 3 wolne dni w Tadżykistanie. W piątek (6 listopada) obchodzono święto uchwalenia konstytucji. Każdego wieczora pakowałam plecak w góry, z nadzieją że pogoda się poprawi. I co rano było to samo – telefony i smsy do znajomych, że odwołujemy wycieczkę a w zamian spotykamy się na sok albo film. W ciągu tych dni ze znajomymi Polakami, Niemcami, Węgrami, Anglikami zwiedziliśmy wszystkie bary i dyskoteki w mieście. Nie ma tego dużo, a na dodatek (jak to w państwie policyjnym) po 23.00 znaleźć klub nie jest łatwo. Chociaż w sumie jest – tylko jeden działa o tej porze, więc nie ma wyboru. Można również organizować dyskoteki w… biurze. Byłam na takim spotkaniu u Hiszpanów, zebrało się naprawdę dużo osób – oczywiście samych obcokrajowców. Na pytanie czy często organizują takie imprezy, odpowiadają – „a co robić w tym mieście?”
Poprzedni tydzień był więc bardzo intensywny. Miałam wizytę pracownika MSZ, który monitorował projekt, potem do Duszanbe przylecieli przedstawiciele ministerstw z Polski oraz ambasador Polski z Uzbekistanu. Oczywiście nie w sprawie mojego projektu, nie nie:) W każdym razie każdego wieczora Polacy „tutejsi” i z delegacji spotykali się na omawianiu ważnych kwestii o randze państwowej:)
Ten tydzień wybił mnie z rytmu dbania o bloga. Mogłabym dużo pisać. Bo dzieje się przecież dużo - byłam na uroczystościach obchodu Dnia Konstytucji, w muzeum narodowym, przy najwyższej na świecie tamie wodnej (300 metrów!), pojechałam na południe Tadżykistanu 80 km od granicy z Afganistanem, dostałam propozycję pracy w Tadżykistanie (ale spokojnie, bez płaczu, wracam w grudniu, najwyżej od lutego blog znowu ruszy;), znowu było lekkie trzęsienie ziemi w Duszanbe (ale nawet nie chciało mi się wstać z łóżka i biec pod futrynę).
Może za dużo się dzieje i nie umiem się skupić. Więc ten post jest taki krótki. Ale w zamian są zdjęcia.
Będę się starać. Będę się starać nie zapaść w zimowy sen, nie uzależnić od kawy i nie spać z głową na biurku. Napiszę niedługo coś fajnego, zobaczycie!

Tylko trzymajcie kciuki, żeby słońce wróciło...

niedziela, 1 listopada 2009

Dzień na 102

Przewracam okładkę kalendarza na listopad. Obraz przedstawia dwa konie w deszczu. Obraz o tytule „Jesień” namalował Stanisław Dobrowolski, a kalendarz dostałam z Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego. Dwa konie w deszczu nijak nie pasują do atmosfery w listopadzie w Tadżykistanie. Jakby były barany w słońcu, to może….
W dniu 1 listopada urodziny obchodzą Wszyscy Święci. Pierwszy dzień tego miesiąca zawsze kojarzy mi się z deszczem, mgłą i błotem, grobami i zniczami. Właśnie zadzwoniłam do Mamy – jak co roku zebrała się cała rodzina, świętują. Nie to, żeby było mi smutno, nie. No może trochę…
Ale są też pozytywne aspekty obchodzenia Święta Wszystkich Świętych w Tadżykistanie – 1 listopada jest jeszcze bardzo ciepło, toteż na cmentarz można iść w sandałach, deszcz nie gasi zniczy na grobach (bo go nie ma) świeci słońce jest i wesoło.
Wybrałam się rano do kościoła katolickiego prowadzonego przez Hiszpanów. Ładnie się odprawiało, jakby to Babcia powiedziała. Nawet sporo osób przyszło i Polacy byli.
Poprzez znajomych Polaków poznałam dziś Panią Nataszę – pół Polkę, pół Litwinkę, która urodziła się w Kownie. Pani Natasza ma 70 lat, siwe włosy, chustkę na głowie, mówi łamaną polszczyzną, trzyma pieniądze w opakowaniu po serkach „Hochland” i swoim wyglądem rozczula. Przypomina babulkę z „Chłopów” Reymonta. Pani Natasza mimo swoich 70. lat dalej pracuje - jest nauczycielką języka angielskiego i pod swoją opieką ma 40 uczniów. Oprócz angielskiego włada również 6 innymi językami. Spotykamy się w przyszłym tygodniu (na lekcji angielskiego oczywiście). Chyba się polubiłyśmy, dostałam dziś nawet kwiaty z jej ogrodu, który obiecałam jej pomóc posprzątać przed zimą. Natasza jest samotna. Nie chce wyjechać na Litwę, mieszka w Tadżykistanie już 30 lat. Niewiem co mogę napisać, ale to jedno z najdziwniejszych moich spotkań w Azji Środkowej.
Jak może niektórzy wiedzą, wczoraj wyprowadziłam się z mieszkania na 7. piętrze. Przewiezienie i rozładowanie moich rzeczy trwało pół dnia. W drodze pękł suwak od wypchanego plecaka i wszystkie ubrania, książki, kubki i pierdoły rozsypały się na tylnym siedzeniu taksówki. Litościwy kierowca znalazł czarny worek na śmieci i pomógł mi wszystko zanieść do mojego nowego pokoju. Daremny trud, jak się okazało. Niecałą dobę pomieszkałam w domu ze studentkami z Tadżykistanu. Różnice kulturowe okazały się trochę zbyt duże i… mieszkam już w innym miejscu. Oczywiście Polonia pomogła:)
Niedługo wprowadza się do mnie koleżanka - Pamirka. Mamlakat, bo tak jej na imię, to „sprawdzony” człowiek i z nią na pewno nie będzie nudno. Nawet wczoraj byłyśmy razem na karaoke.
Nie będzie nudno tym bardziej, że znowu mieszkam w bloku, na 4 piętrze. A do tego w bloku, „po ciemnej” stronie miasta, za rzeką Duszanbinką. Dziś o 18:00 wyłączony został prąd w mieście. Spanikowałam, że zaczął się sezon wyłączania prądu i w tej dzielnicy również po 18:00 trzeba będzie siedzieć przy świeczce. Ale nieeee… prezydent Rahmon obiecał, że w tym roku zimą w Duszanbe będzie prąd. O 19:00 prąd powrócił. Trzeba kolekcjonować mocne wrażenia:)

Dziś 102 dzień mojego pobytu w Azji. Zostało 45. Czyli jeszcze 1/3. Mam mieszane uczucia. Dwie przeprowadzki w ciągu dwóch dni niezbyt dobrze mnie nastroiły. Ale płow na obiad i telefon do przyjaciela do Polski zadziałały jak zawsze.

Na zdjęciu – mój kalendarz, który tak lubię, że nie chcę żeby rok się skończył. I kwiatki od Pani Nataszy. Chryzantemy złociste w kubku Starbucks'a. Zrobiło się świątecznie-polsko-europejsko w Tadżykistanie na ulicy Ismaila Somoni.

piątek, 30 października 2009

Duszanbe, czyli poniedziałek. Lubię poniedziałki.

Duszanbe, oznacza „poniedziałek”. „Poniedziałek”, bo do tej pory miasto znane jest ze swoich poniedziałkowych bazarów.
Duszanbe zostało założone w 1924 roku. Nie jest to bynajmniej najstarsze miasto Tadżykistanu. W 1929 roku komuniści zdołali utworzyć Tadżycką Socjalistyczną Republikę Radziecką (zdołali, bo od 1917 po 1929 rok trwały walki Tadżyków z rewolucjonistami) i doprowadzili do największej tragedii narodowej. Miasta tadżyckie - Samarkanda i Buchara będące obecnie wizytówką Azji Środkowej, dostały się Uzbekom. Uczucia Tadżyków można porównać do uczuć Polaków, którym odebrano Wilno i Lwów. Dobrze jest pamiętać, że Samarkanda i Buchara to tadżyckie miasta. Odebranie ich to stanowczo, obok wojny domowej, najbardziej bolesny okres historii narodu.
Szkoda mi Tadżyków. Co mają pokazać turystom, przyjeżdżającym do Tadżykistanu? Duszanbe? Chociaż jest to miłe miasto, to główną ulicą Rudaki można przejść w jedną i drugą stronę w godzinę. Jest jeszcze park, ogród botaniczny i nieszczęsne ZOO. I właściwie tyle. Za główną ulicą, reprezentacyjną ulicą Rudaki, zaczynają się małe uliczki, parterowe domy. Miasto rozrasta się i wkracza na suche wzgórza. Druga część miasta za rzeką Duszanbinką, jest brzydsza i tam turyści właściwie się nie udaję. To raczej sypialnia miasta - wysokie blokowiska i brudne podwórka.
Jak przystało na państwo policyjne, mało liczne knajpy zamykane są o 23.00, po 21.00 nie ma szans na złapanie trolejbusa, czy marszrutki. Zresztą trolejbusy jeżdżą tylko głównymi ulicami Duszanbe, więc mieszkańcy inwestują w samochody, które zapychają ulice podczas szczytów. Wracając do państwa policyjnego – kiedy ulicą Rudaki przejeżdża prezydent ulice są blokowane przez stojących co 100 metrów milicjantów. Milicjanci karzą mandatami niepokornych, którzy nie chcą się zatrzymać na poboczu, kiedy przejeżdża Najważniejszy Człowiek w Kraju, ze swoją świtą. Do tego przejeżdżający dwór Rahmona wydziera się na całe miasto niezrozumiałym dla mnie bełkotem. W każdym razie to coś w stylu – „z drogi śledzie, bo król jedzie”!
Ale mimo wszystko lubię Duszanbe i dobrze mi tu. Ponadto poznałam Polaków (pewnie czytają bloga, więc z tego miejsca pozdrawiam:), zapisałam się na kurs tańca hinduskiego (jako zamiennik aerobiku) i jogę w Ambasadzie Indii, codziennie wieczorem organizujemy spotkania (czasem z Polakami, czasem międzynarodowe), jest kino, teatr, w miarę obiektywna gazeta Asia Plus i mój ulubiony płow. Nawet jest kościół katolicki prowadzony przez Hiszpanów. Ale jest jedna rzecz, do której nie przywyknę w Tadżykistanie– trzęsienia ziemi.
Wczoraj znowu było trzęsienie (to już kolejne, ale to było najsilniejsze do tej pory jakie poczułam), i całym, siedmiopiętrowym blokiem huśtało silnie. Stałam pod futryną drzwi, nad ścianą działową i powstrzymywałam się przed ucieczką z bloku. Ucieczka po schodach nie jest sensownym rozwiązaniem, bo przy zawalaniu się budynków, podobno pierwsze padają schody. A że mieszkam na 7 piętrze, to zejście byłoby tym bardziej niebezpieczne. Ponadto chyba mieszkańcy mojego bloku przywykli do trzęsień. Na klatce schodowej wiecznie kradzione są żarówki, a mieszkańcy urządzają śmietniki na schodach. Dosłownie – stoją kubły ze śmieciami, przewalają się odpadki. Więc gdyby nawet chcieli uciekać, to prędzej pozabijają się o te kubły śmieciowe na ciemnych schodach.
Stwierdziłam, że wpadnę w nerwicę, więc między innymi dlatego przenoszę się do parterowego domu w całości wynajmowanego studentkom. Przynajmniej z mojego pokoju do drzwi wyjściowych na podwórko będzie parę metrów, jakby co będę zmykać. Ponadto matka właścicielki domu jest Ukrainką w wieku mojej babci, już mnie wyściskała i ogromnie ucieszyła się, że będzie mieszkać u niej Polka.
Co mogę jeszcze rzec? Kiedy widzę Polaków i innych Europejczyków, którzy pracują w organizacjach pozarządowych i ambasadach, stwierdzam, że tu da się całkiem fajnie i normalnie żyć. Niektórzy z poznanych przeze mnie Polaków nie wyobrażają sobie powrotu do Polski.
Właściwie, gdy pomyślę sobie, że teraz w Polsce są 4 stopnie ciepła, a w Duszanbe 17, że w Polsce nie ma płowu, migdałów i hurmy to też czuję, że może trudno będzie mi stąd wyjeżdżać. Dostałam nawet już tradycyjną, pluszową sukienkę od Tadżyczek. Niedawno jeszcze nie wyobrażałam sobie życia na stałe w Azji, a teraz wydaje mi się, że mogłabym tu zostać na parę lat, ale potem koniecznie wrócić.
W moim rankingu Polska nadal wygrywa, ze swoimi pozytywnymi i negatywnymi stronami. Tutaj zrozumiałam jak Polska jest dla mnie ważna, ze swoją historią i kulturą. I z Jaśkiem, Adaśkiem, ciocią Ewą, rodziną i z wszystkimi znajomymi.
I z dumą odpowiadam, że jestem z Polski. Mam nadzieję, że robię Polakom dobrą reklamę. Chyba jednak jestem patriotką...